Snobizm czy zdrowy rozsądek? Czyli słów kilka o architekcie wnętrz.

Zacznę od zacytowania krótkiej wymiany zdań podczas wizyty w jednym z salonów z wyposażeniem wnętrz, gdzie Miły Pan poczęstował nas herbatą podczas oglądania projektów, katalogów itp.
– Miły Pan: Przepraszam, że ta herbata w takim „męskim” kubku.
– Ania (zresztą też bardzo miła): Nie szkodzi. Ja jestem kobietą z jajami!
– Miły Pan (ze szczerą rezygnacją w głosie): Wiem. Teraz już tylko takie są.

Zawsze byłam typem kobiety – zarobię się, ale zrobię. Nie będę się prosić i wydawać niepotrzebnie kasy – poradzę sobie sama. Sama sobie – kosmetyczką, fryzjerką, manikiurzystką, kierowczynią, projektantką wnętrz, kucharką, sprzątaczką, terapeutką, tragarką i specjalistką logistyki. A do tego nie za bardzo lubię kiedy ktoś mi mówi co mam robić. Taki charakter… ;). Fakt, że trzeci rok jestem „samą mamą”, jeszcze to pogłębił – naprawdę muszę sobie radzić lub ewentualnie troszkę ignorować to, z czym sobie nie radzę od razu (czyt. popsute gniazdko, urwana gdzieś rączka szafki).

Zatem, gdy pierwszy raz usłyszałam, że mogłabym „wziąć” do tej mojej łazienki projektantkę wnętrz – pomyślałam, że komuś pomylił się adres. Wykonawcę – rozumiem, choć zastanawiałam się, czy  w ramach oszczędności sama nie próbować skuć płytek, bo to chyba nie jest trudne. Zwyciężył zdrowy (dosłownie) rozsądek. Moja kręgosłupowa przepuklina mogłaby tego nie zdzierżyć. Ale architekt? Przecież to co najmniej luksus, na który mnie nie stać. Szczerze mówiąc pomyślałam, że to snobizm dla elit. Tych wszystkich panów i pań z korporacji i wielkiego biznesu.

Zdarzają się jednak w życiu sytuacje i osoby, które potrafią mnie przekonać. „Zosie-Samosie” bywają czasem elastyczne. Na całe moje szczęście.
Serdeczne pozdrawiam panią Asię z JNK-Studio , bo nie dość, że urealnia i wspiera MOJE koncepcje i potrzeby, to tak naprawdę uratowała mnie od (być może) różnych konsekwencji prawnych.* Jak wyglądała nasza dotychczasowa współpraca? Mamy za sobą trzy spotkania:

  • Pierwsze, żeby się po prostu poznać i zobaczyć łazienkę, mój gust, plany i łazienkowe marzenia. Praca domowa to – pooglądać katalogi i gazety wnętrzarskie i podjąć decyzję dotyczącą łączenia toalety i łazienki.
    20160810_113929_resized_1

 

  • Już podczas drugiego spotkania zobaczyłam szkice swojej łazienki w komputerze, pogadałyśmy o możliwych opcjach wciśnięcia w nią tego co konieczne oraz umówiłyśmy się na tour po sklepach. Bo katalog katalogiem, ale oprócz zmysłu wzroku i słuchu mamy też (w remontach przydatny) – dotyk. 😉20160813_133046

 

  • Trzecie spotkanie to wyprawa do trzech łódzkich sklepów: przepięknego salonu „Inspiro”, z płytkami Paradyża na ul. Brzezińskiej, „Bokaro” na ul. Brukowej oraz „Blu” na ul. Zgierskiej. Przy okazji – świetnie się bawiłyśmy! 😉

20160812_142806

Gdyby nie współpraca z projektantką – skończyłoby się na przeglądaniu internetu i wycieczce do marketu budowlanego. W życiu nie zobaczyłabym boksów łazienkowych w tych salonach. Nie trzeba nikogo przekonywać, że naprawdę inaczej wygląda wszystko na zdjęciu i w realu. Fakt. Zaoszczędziłabym jeden (!) dzień. Tylko, że teraz mam dużo lepszy ogląd sytuacji, świadomość tego co można i warto montować. Nie wspomnę już o wątku estetycznym. To tak jakby porównać delikatesy z dyskontem spożywczym… Myślę sobie, że angażując swój czas i pieniądze w miejsce, gdzie na co dzień żyjemy,  zasługujemy na  tę odrobinę luksusu. Zdrowy rozsądek to podpowiada.

*a o tym będzie oddzielny wątek już wkrótce